Brush Guard to wielo funkcyjne "kubraczki" dla pędzli, pełnią one role ochronną, pomagają zachować kształt pędzla, ułatwiają suszenie. Ja nigdy za bardzo nie przejmowałam się pędzlami, myłam je, wieszałam na sznureczku do góry nogami, ale ostatnio kupiłam kilka droższych pędzli i niestety troszeczkę ucierpiały. Brush Guard kupiłam na allegro za ok. 20 zł, są dostępne różne wersje, tylko dla małych pędzli, tylko dla dużych, ale również zestaw mieszany i taki ja właśnie posiadam. Zdaje sobie sprawę, że na pewno słyszeliście już o tym wynalazku, nie jest on żadną nowością, mówiło już o nich wiele znanych blogerek i vlogerek, ale wiem, że wiele osób jeszcze o nim nie wie. Np. Jadwiga:
Chcieli byście, żeby tak było? Może bez takiej rewolucji w życiu ;), ale Brush Guard naprawdę ułatwia przechowywanie, czyszczenie pędzli. Do małych pędzli języczkowych produkt jest zbędny, ale do pędzli kulkowych, kabuki, czy pędzli do pudru, jest naprawdę niezbędny, jeśli chcecie, aby wasze pędzle służyły wam naprawdę długi czas. To co mi się podoba to, że ich wielkość jest zróżnicowana, ale równocześnie umieją sie dostosować, czyli np. jedną wielkością Brush Guard może spokojnie pasować do kilku pędzli różniących się mm w obwodzie. Nie wiem, co mogę na ten temat jeszcze napisać, pokaże wam zdjęcia, jak to u mnie wszystko wygląda:
Każdy Brush Guard jest luźno "uszyty" z grubych plastikowych nici, które uginają się pod ciężarem i idealnie dostosowują się do pędzla.
Pędzel kuleczkowy.
Pędzel do pudru
Pędzel kabuki
Na stronie Brush Guard www.thebrushguard.com, polecają suszyć pędzel w szklance.
Opakowanie w których przychodzi do nas produkt, jest kartonowe, a od wewnętrznej części jest opis oraz do jakich pędzli nakładki się nadają.
Witajcie, jestem pewna, że prawie każdy, kto odrobinę interesuje się kosmetykami lub ogląda filmiki dziewczyn na You Tube, spotkał się już produktem Tangle Teezer. Pan Shaun Pulfrey stworzył szczotkę, która bez bólu w mgnieniu oka rozczesuje włosy, nadaje im połysk oraz dzięki specjalnie zaprojektowane zęby flex ułatwiają poślizg. Używanie tego produktu jest zalecane szczególnie włosom zniszczonym, puszącym się, plączącym, wypadającym, jest dobra również dla dzieci gdyż nie szarpie włosów.
Niestety szczotka kosztuje ok. 60 zł, jej wykonanie nie jest zbyt solidne, jest to po prostu kawałek plastiku, włoski w niej wyginają się ,ale tylko od dość sporym ciężarem lub nieodpowiednim przechowywaniem (moje wygięły się podczas wakacji, gdy szczotka była zgnieciona w walizce).
Jeśli chodzi o samo działanie szczotki, to niestety kilka rzeczy mnie zawiodło, a kilka zaskoczyło. Mianowicie, zupełnie nie zmniejsza wypadania włosów, naprawdę dużo ich znajduje się na szczotce po porządnym wyczesaniu. Szczotką tą można bardzo dokładnie rozczesać włosy, lecz zajmuje jej trochę czasu, żeby przebić się przez wszystkie ich warstwy (w szczególności jeśli ktoś ma bardzo grube włosy). Co najbardziej mnie zaskoczyło to połysk na włosach, który pojawia się po użyciu tej szczotki. Jest świetna do nakładania i rozprowadzania odżywki do włosów, lecz po takim zabiegu należy ją umyć (najlepiej starą szczoteczką do zębów), gdyż później może łapać brud. Jeśli chodzi o przeznaczenie jej dzieciom to spisuje się w 100%, moja mała siostrzenica nienawidziła rozczesywania włosów, ta gdy ktoś poczesał ją tą szczotką sama chodziła z nią i się czesała. Tangle teezer może być też używany jako masażer do głosy, jest to bardzo przyjemnie czucie i podobno stosowana w ten sposób systematycznie zwiększa porost włosów. Szczotka ma różne wersje kolorystyczne, oraz są jej różne rodzaje: przeznaczona dla dzieci z pojemniczkiem na gumeczki i spineczki, oraz wersja podróżna z nakładką zapobiegającą wyginaniu się włosków, zdjęcia modeli i filmy o tym produkcie znajdziecie na stronie internetowej: www.tangle-teezer.pl
Minusy:- Cena - Słabe wykonanie - Brak obiecywanego zmniejszenia wypadania włosów - Ciężko ją umyć
Plusy:- Nadaje błysk włosom - Bardzo dobrze rozczesuje - Bezboleśnie pozbywa się pęków na włosach (jest prawie nie wyczuwalna) - Może być używana jako masażer
Ja swoją szczoteczkę otrzymałam w prezencie, jeśli 60 zł nie jest dla was dużą ilością pieniędzy za już można powiedzieć kultowy produkt, to warto się skusić. Ja chciałam się skusić na jeszcze jedną tangle teezer, ale znalazłam w sklepie PRIMARK, świetną podróbkę tej szczotki ,która idealnie nadaje mi sie na podróż i do torebki:
Lush to firma zajmująca się kosmetykami naturalnymi, ręcznie robionymi. Filozofia firmy opiera
się na prostych zasadach: kosmetyki produkowane są ze świeżych owoców i warzyw, naturalnych olejków i minimalnych ilości syntetyków z absolutnym wykluczeniem składników pochodzenia zwierzęcego czy testowanych na zwierzętach. Produkty są robione ręcznie, większość z nich nie jest pakowana oraz pozbawiona konserwantów. Lush sprzedaje swoje kosmetyki w rozsianych po całym świecie kilkunastu sklepach firmowych, niestety nie ma ani jednej placówki w Polsce. Kosmetyki te w naszym kraju można dostać jedynie przez internet, niestety po nieco wyższych cenach. Kupione prosto od producenta są już one dosyć drogie (ceny wahają się od 6 € do 15 € ). Ja swoje zakupy zrobiłam w Hiszpańskiem placówce Lusha, znajdujacej sie w centrum Madrytu. Myślę ,że większość z was spotkała się kiedyś z tą firmą, chociażby w internecie.
Oto moje zakupy, opisze je wam zaczynając od lewego górnego rogu:
Szampony w kostce Resplandor i Godiva oraz pudełeczko na nie. Oby dwa maja zmiękczać włosy i nadawać im połysk i zapach.
Kula do kąpieli Vinilla fountain, kula która ma barwić wodę na lekko beżowy kolor, podczas kąpieli wyczuwa się przyjemny zapach pierników ,ma w środek wsadzoną laskę wanilii.
Bayby bot, jest to niebieski robot, kula do kąpieli ,barwi wodę na niebiesko, musuje i nadaje zapach
Hios y hojas, to najprawdopodobniej mydło, ten produkt jest dostępny tylko w Hiszpańskim lush, wiec nie znalazłam żadnych informacji na jego temat...
King of Skin, masło do ciała w kostce. Znany produkt Lusha, pociera się go o skórę i wytwarza on przyjeny zapach, nawilża.
La Citrica- mmm to również mało do ciała, pięknie pachnie cytrusami.
Miranda-mydło do ciała, ma bardzo przyjemny mydlany zapach.
Lemsip- mydło kremowe, ma lekki zapach mango.
Relajante magico- magik relaksu, przypuszczam ,ze to masło do ciała, ale mogę się mylić. Jeśli wiecie co to, napiszcie mi.
Noubar- mydło do mycia. Przypuszczam, że to jakieś mydło lecznicze, zapach nie jest najprzyjemniejszy.
Kiedyś zanim zrobiłam swoje wielkie zakupy w Lush miałam dwa produkty i kilka próbek
Odżywka do włosów American cream, którą średnio lubię ,ale podoba mi się jej zapach, uwielbiam jej używać zimą, kojarzy mi się z ciepłem i świętami. Oraz Dirty- pasta do zębów w kostkach, ma niestety posmak takiej rozgryzionej tabletki, ale piana jaką wytwarza podczas szczotkowania jest cudowna.
Wróciłam do Polski! Cała, ale niestety nie zdrowa, złapało mnie przeziębienie z którym chodziłam przez kilka dni w Hiszpanii. Światowe dni młodzieży nie były takie złe, fajne towarzystwo, lecz warunki mieszkalne nie za dobre, noce pod namiotami lub pod gołym niebem. Na dwa dni trafiłam z powodu choroby do mieszkania pewnej Hiszpanki. Wyspałam w miękkim łóżeczku, kiedy inni męczyli się na dworze podczas burzy, no ale widzieli wtedy Papieża. Hiszpania to naprawdę piękny i ciekawy kraj, ale nie podczas światowych dni młodzieży, kiedy wokół brud, ogrom ludzi i hałas. Widziałam trochę mało rzeczy: stadion Real Madryt, park Retiro (który jest naprawdę piękny), pałac królewski. Ciekawe czy skuszę się na kolejne JMJ za dwa lata w Rio De Janeiro.
Wakacje już się niestety kończą, ale wcale się tym nie przejmuję ,gdyż zaczyna się moja ulubiona pora roku, jesień! W tym czasie moje serduszko bije mocniej, wszystkie zmysły się pobudzają i nabieram chęci do pracy.
Jeśli chodzi o kosmetyki w Hiszpanii to lekko się zawiodłam, większość rzeczy była taka sama jak w Polsce. Gdy przeliczało się z euro na złotówki to szkoda było wydać każdego centa, wszystko było droższe niż u nas. Starałam się znaleźć sklepy nie dostępne w Polsce, było to dość ciężkie zadanie ,gdyż musiałam wertować mapę, pytać ludzi o drogę, a przede wszystkim męczyć mojego chłopaka o pomoc, no i oczywiście przekonać naszego opiekuna i całą grupę ,że warto pokonać 10 kilometrów do jakiegoś sklepu. W większości przypadków się udało. Odwiedziłam Lusha w którym zrobiłam ogromne zakupy, zwiedziłam Primark, drogerię z ogromną szafą Essence, sklep kiko, hiszpańskiego Mac'a, który był tańszy niż u nas, w dwóch ostatnich sklepach nic nie kupiłam, czego bardzo żałuję, gdyż oby dwa miały dosyć kuszące oferty.
Już wkrótce pojawi się notka ze zdjęciami i opisem kosmetyków, gdyż stwierdziłam, że nie podobają mi się takie długie posty, wole podzielić je tematycznie.
Będąc na codziennej przejażdżce rowerem, postanowiłam wstąpić do kilku drogerii, ale nie chciałam wydać zbyt dużo pieniędzy, ponieważ wolałam zaoszczędzić je na zakupy we Wrocławiu. Wydałam raptem ok. 60 zł. Wpadłam do schleckera i kupiłam krem do rąk, gdyż ostatnio naprawdę mi wyschły... Właściwie to wyschła mi tylko jedna ręka i w dodatku tylko jednym miejscu(??). Zawsze na tego typu problemy stosowałam neutrogenę i pomagała. Jednak po trzech wykorzystanych tubkach stwierdziłam, że kupię wersję bardziej skoncentrowaną. Na razie jestem średnio zadowolona... Gdy nałożę jej za mało nie nawilża, natomiast gdy za dużo ręce się od niej lepią.
Podczas zakupu skusiłam się na zakup szminki z Maybelline,
w odcieniu typu "nude". Mimo jej ciemnego koloru wygląda bardzo ładnie na moich ustach. Poza tym wreszcie, po kilku miesiącach zastanawiania i oglądania kupiłam kredkę z "Basic" w takim cielistym kolorze. Wydawało mi się, że nie będzie widoczna na linii wodnej,
ale jest świetna! Wędrując dalej napotkałam na PEPCO, a tam… Kosmetyki IsaDory, N.Y.C, Astor, Bourjois i wiele innych w cenach od 4-16 zł. Oczywiście tam też nie odmówiłam sobie tej przyjemności
i kupiłam sobie cień oraz błyszczyk z N.Y.C, a także szminkę z Sally Hansen. Następnie w małej drogerii znalazłam Lips Smackersa wiec też wzięłam, z kolei w chińskim sklepie musiałam kupić sobie nową spinkę, bo ostatnio pękła mi w niej sprężynka(swoją drogą była już cała zardzewiała - nie mam pojęcia jak to się stało). We wspomnianym chińskim centrum było też wiele dziwnych paletek, które miałam zamiar kupić... Na szczęście siępowstrzymałam. Na końcu nabyłam bibułki matujące, które zawsze chciałam mieć.
Oczywiście następnego dnia, podekscytowana okazjami w PEPCO od razu tam poleciałam kupić jeszcze kilka rzeczy. Czyli: kolejną szminkę z Sally Hansen(trafiłam idealnie w kolor, jest świetny), błyszczyk
z Sally Hansen i cień IsaDora, bardzo ładny złoty kolorek świetny na lato(mega pigmentacja). Podczas, gdy ja zajmowałam się kosmetykami mój chłopak grzebał w filmach, także z wyprzedaży
i znalazł film „Ameryka kontra John Lennon”, więc nie mogliśmy sobie odmówić jego zakupu.
Kiedy w końcu wyjechaliśmy do Wrocławia, miałam zamiar kupić głównie rzeczy na wyjazd, gdyż za 4 dni wyjeżdżam, ale o tym za chwilę... Chciałam kupić sobie jakiś mały zestaw do twarzy, który mogę ze sobą zabrać i trafiłam w 10! Kupiłam zatem miniaturkę trzech kroków Clinique, którą zawsze chciałam mieć, ale jakoś nie planowałam ich zakupu. Odwiedzając Douglasa w celu kupienia lakierów z Revlon, już przy kasie zauważyłam te miniaturki i odłożyłam lakiery.
W H&M kupiłam małe kwiatki do włosów, mały zestaw do paznokci.
I takie tam. Po powrocie do domu już dokupiłam niezbędne rzeczy, czyli peeling cukrowy, który muszę wykonywać codziennie, gdyż włosy wrastają mi od depilatora, oraz krem do depilacji, jest najlepszy do okolic bikini itd. No i mały Lactacyd…
Krem do depilacji Joanna Sensual - 6,99 zł
Piling cukrowy Perfecta - 12 zł
Joanna piling kawowy - ?? zł
Joanna żel do mycia - ?? zł
Lactacyd - ?? zł
Zestaw trzech kroków Clinique - 29 zł
Szminka Sally Hansen sunbeam - 4,99 zł
Błyszczyk Sally Hansen Sheer Bare - 9,99 zł
Cień IsaDora 75 Gold light - 4,99 zł
(te zdjęcia robiłam sama, więc nie są takie super profesjonalne)
A tu z nieco innej beczki...
Film "Ameryka kontra John Lennon" - 12 zł
Kwiatki do włosów H&M - 9,99 zł
Lusterko ze szczoteczką H&M - 6, 99 zł
Mini zestaw do paznokci H&M - 6,99 zł
Wisiorek jaskułka I'am - 22,50 zł
No cóż, film za 12 zł...
10 sierpnia wyjeżdżamy, wraz z moim chłopakiem do Hiszpanii na Światowe Dni Młodzieży. Liczę na to, że zakupię tam jakieś fajne hiszpańskie kosmetyki... Wracamy 24 sierpnia(czyli jesteśmy tam dwa tygodnie), więc przez ten czas nie spodziewajcie się żadnych nowych notek, chyba, że dorwiemy gdzieś darmowy internet :) Ale gdy wrócę obiecuję opisać cały wyjazd, opowiedzieć o kolejnych kosmetykach
i napisać coś o moim zamówieniu w Biochemii Urody, które z resztą dopiero co złożyłam.
Woda kokosowa kupiona w Piotrze i Pawle, przez mojego chłopaka.
Mi osobiście nie przypadła do gustu, ale jemu zasmakowała i wypił ją całą. Mam zamiar kupić tą oryginalną, chociaż chłopak upiera się przy tym, że to właśnie ta jest oryginalna :)
Paleta "Scene Queen" jest moim pierwszym produktem firmy Benefit.
Skusiłam się na nią ze względu na tzw. "high beam", oprócz tego w skład paletki wchodzą cztery cienie, dwa pędzle, kredka, błyszczyk oraz róż do którego również dołączony jest pędzelek i książeczka z instrukcją jak wykonywać makijaż. Paleta jest wykonana z twardego kartonu, a jej ogromną zaletą jest duże wysuwane lusterko.
Jeśli chodzi o cienie to są bardzo miękkie, co jest minusem w takiej palecie, gdyż próbując wyciągnąć np. kredkę, która jest bardzo blisko cieni, nawet lekkie dotknięcie paznokciem niszczy cień. Co prawda łatwo się je nabiera i są dobrze napigmentowane, ale również nie osypują się. Tzw. "smoky liner", jest dosyć twardy, pigmentacja jest średnia, a kreska jest bardzo delikatna i mało widoczna. Pędzelki mają dwa końce. Z jednej strony jest ścięty, a z drugiej języczkowy. Co do tego pierwszego, to jest bardzo dobry i lubię go używać, z kolei języczkowy jest dla mnie za miękki. Nie jestem przyzwyczajona do tak delikatnych włosków na pędzlu.
Miłym zaskoczeniem był dla mnie błyszczyk. Myślałam, że będzie bardzo napigmentowany i mi nie podpasuje, ale ku mojemu zadowoleniu daje delikatny efekt, nie jest za bardzo kleisty, ani za rzadki. Podoba mi się też jego "design", jak i całego opakowania palety. Róż "coralista" nieco mnie zdziwił. Jest go dość mało i został głęboko osadzony, co utrudnia użycie dużego pędzla do nakładania. Jest bardzo twardy. Gdy nałożyłam go na rękę prawie nie było go widać, lecz na twarzy jest wyraźny i doskonale widoczny, przez co czasami można zrobić sobie nim krzywdę.
Przejdźmy teraz do produktu na którym najbardziej mi zależało czyli na "high beam". Szczerze przyznam, że trochę się na nim zawiodłam. W lato moja cera cała się świeci, więc nie miałam okazji za bardzo go przetestować, jednak dotychczas zaobserwowałam, że gdy nałoży się go za dużo(choćby odrobinkę), to wygląda naprawdę nieciekawie.
Nie utrzymuje się w okolicach oczu, natomiast na reszcie twarzy utrzymuje się nawet cały dzień.
Książeczka z instrukcją makijażu
Kolory produktów
Swoją paletkę kupiłam na allegro i kosztowała mnie ok. 70 zł wraz
z kosztami wysyłki. Jeśli chodzi o sprzedawcę był on wybrany zupełnie przypadkowo, po prostu wybrałam najtańszą aukcje.
Witam na moim blogu, który zamierzam uzupełniać systematycznie. Postaram sie tu pisać o kosmetykach ,pielęgnacji, moich przemyśleniach, mojej fascynacji do słuchania muzyki, do przeżywania filmów. Blog ten będzie taką moją wirtualną przyjaciółką której mogę się wyżalić. Przez ostatni rok zdobyłam naprawdę ogromne doświadczenie kosmetyczne z którym chciała bym sie z wami podzielić, nie ukończyłam żadnej szkoły kosmetycznej, po prostu interesuje sie kosmetykami, modą itp...jak każda nastolatka... wybaczcie za chaos ,ale tak to jest, początku są trudne ;)